Często zadajemy sobie pytania: „po co Bóg mi daje czegoś takiego doświadczyć?”, „ile jeszcze można znieść?”, „czy Bóg nie widzi, że już nie daję rady?”. Myślimy, że trudne doświadczenia, które nas w życiu spotykają są bezsensowne, niepotrzebne, a wręcz szkodliwe. Ale czy tak jest naprawdę? A może one nam w życiu pomagają?

„Jak trwoga to do Boga”

To stare powiedzenie niesie za sobą dużo prawdy. Czy nie jest tak, że gdy sami stajemy bezradni to szukamy wsparcia, pomocy u kogoś mocniejszego? Póki jest dobrze, wszystko idzie po naszej myśli stajemy się samowystarczalni. Bóg o tym wie, dlatego czasem zsyła coś trudnego byśmy mogli się zdać na Niego. Przychodzi... On, chce nam pomagać, interesuje się naszym życiem, nie jesteśmy Mu obojętni. Jak każdy dobry Ojciec chciałby od swojego dziecka usłyszeć, co u niego się dzieje. Chwile, kiedy żalimy się Bogu na nasze „trudne życie” są nierzadko jedynym czasem, jaki z Nim spędzamy. Jezus chce być naszym Przyjacielem, więc czasem stwarza nam okazję do spotkania, rozmowy, która jest niezbędna, by powstała głęboka relacja. „ Bóg jest dla nas ucieczką i mocą, łatwo znaleźć u Niego pomoc w trudnościach” (Ps)

… i runęło…

„ Myślałam, że już coś wiem, że rozumiem i dam sobie radę,
że znalazłam sposób na Ciebie i receptę na każdą wadę…
lecz Bogu dzięki wszystko się zawaliło,
zostały moje puste ręce i Twoja Miłość...”
Naszym największym problemem jest to, że za dużo myślimy. Uważamy siebie za wszechwiedzących, a już na pewno za tych, którzy wiedzą, co dla nich jest najlepsze. Dlatego budujemy, stawiamy fundamenty, wybieramy materiały według nas najlepsze, idealne na nasza budowę. Po jakimś czasie okazuje się, że wszystko się wali, z góry na dół. Wtedy się zaczyna: rozpacz, pretensje, żale… a tak właściwie to, do kogo te pretensje? Czy to wina Pana Boga, że fundamenty założyłeś na piasku i przy najbliższym podmuchu wszystko się zawaliło? Bóg ze swej troski, pozwala wszystkiemu się zawalić, by móc zbudować z nami coś mocnego i trwałego, coś, co przetrwa każdą największą wichurę. Bóg przychodzi i burzy „bylejakość”, burzy to, co jeszcze nie pochodzi z Niego, a burzy by zrobić miejsce dla czegoś doskonalszego. Ziarno musi obumrzeć, by wydało plon. W nas także musi coś umrzeć, by narodzić się mogło coś piękniejszego.

„Za pełną radość poczytujcie sobie bracia moi, ilekroć spadają na was różne doświadczenia.
Wiedzcie, że to, co wystawia waszą wiarę na próbę, rodzi wytrwałość” - czytamy w Nowym Testamencie.

Ciesząc się z tego, że Bóg nas doświadcza byśmy mogli wzrastać, nie zapominajmy, że nie da On nam nic ponad to, co potrafimy unieść. Pokusa nie nawiedziła was większa od tej, która zwykła nawiedzać ludzi. Wierny jest Bóg i nie dozwoli was kusić ponad to, co potraficie znieść, lecz zsyłając pokusę, równocześnie wskaże sposób jej pokonania abyście mogli przetrwać. Nasze trudności możemy porównać do pestki brzoskwini. Nie jest słodka, jest twarda i trudno ją pogryźć, jest nie do zjedzenia, wydawałoby się, że jej obecność jest bezsensowna. Ale to właśnie z niej wyrasta nowe drzewo, które rodzi nowe owoce. Więc może i nasze trudności mają jakiś sens, może i z nich ma się coś narodzić.

A Bóg przychodzi...

s.M. Aniela Tomala