Dlaczego dzisiaj tak łatwo o poczucie beznadziei, tak mało zaufania? Bo brakuje Bożej obecności, bo żyjemy z dala od siebie, samotni na peryferiach świata. Bo jest wielu takich, którzy spisują wszystko na straty. Wieczni pesymiści, którzy nie potrafią dostrzec kolorów życia, którzy swój wzrok zamiast ku Niebu kierują ciągle ku ziemi, którym zabrakło odwagi do popatrzenia w górę. Nie warto być takim...

Czym ona jest?

Słyszymy często takie oto zwroty: „mam nadzieję”, „jestem przy nadziei”, „z nadzieją patrzmy w przyszłość” itd. Cóż jednak owa nadzieja oznacza? Czym ona jest? Czym jest dla chrześcijanina, dla ucznia Chrystusa? W Katechizmie Kościoła Katolickiego znajdujemy taką oto definicję nadziei: „jest cnotą teologalną, dzięki której pragniemy jako naszego szczęścia Królestwa niebieskiego i życia wiecznego, pokładając ufność w obietnicach Chrystusa i opierając się nie na naszych siłach, ale na pomocy łaski Ducha Świętego” (KKK 1817). Krótko mówiąc nadzieja jest ufnością złożoną w Bogu, która pomaga z wiarą iść do przodu mimo trudów i cierpienia. Jest pomocą w drodze na spotkanie Boga Miłości. Dzięki nadziei dążymy do szczęścia i nie zniechęcamy się upadkami, ponieważ ufamy, że miłosierdzie Boże jest większe od naszego grzechu.

Krok w stronę nadziei – dokąd?

Jesteśmy ludem pielgrzymującym, jak Abraham, który wyszedł z ziemi rodzinnej. Na wezwanie Boga opuścił wszystko, co miał, zaufał Mu ślepo i poszedł. Nie pytał dlaczego. Uwierzył obietnicy i żył nadzieją jej spełnienia. To właśnie nadzieja chroniła go przed zwątpieniem. Wierzył mocno, że dobry Bóg nie zawiedzie swego sługi. Abraham zawierzył Bogu każdą swoją drogę i wygrał na tym. Dlaczego więc dzisiaj tak wiele jest wokół nas beznadziei, tak mało zaufania? Bo brakuje Bożej obecności, bo żyjemy z dala od siebie, samotni na peryferiach świata. Bo jest wielu takich, którzy spisują wszystko na straty. Wieczni pesymiści, którzy nie potrafią dostrzec kolorów życia, którzy swój wzrok zamiast ku Niebu kierują ciągle ku ziemi, którym zabrakło odwagi do popatrzenia w górę i w dobrach tego świata pokładają nadzieję. Nie warto być takim. Nie możemy pozwolić, aby okradziono nas z nadziei! Bóg bowiem ciągle do nas mówi: „Nie bój się, zaufaj Mi. Twoje dobro jest dla Mnie najważniejsze. Złóż całą swoją nadzieję we Mnie”. Gdy tylko odważymy się na ten krok, gdy podamy rękę Bogu to możemy być pewni, że On bezpiecznie doprowadzi nas do Królestwa niebieskiego.

Ma swoje drogi…

Zmartwychwstały Chrystus jest naszą nadzieją. On pokonał śmierć i otworzył nam bramy Raju. Nadziej dodaje siły i odwagi do podjęcia drogi do Nieba. On kieruje nasz wzrok ku górze „skąd nadejdzie pomoc, pomoc od Pana, który stworzył niebo i ziemię” (por. PS 121, 2). Ona właśnie przynagla do czynienia dobra, do miłowania tych, których Bóg stawia na naszej drodze. Ona wreszcie czyni na uczniami Chrystusa otwartymi na dary jego Miłości. Nadziej pomaga mierzyć wysoko i osiągać szczyty świętości. Dlaczego tak trudno nam to przychodzi? Bo boimy się. Boimy się wytykania palcami, bycia innymi, odmiennymi. Nie pozwalamy sobie na wielki marzenia i plany, bo nie wierzymy w ich spełnienie. Nie umiemy czekać. Żyjemy w kulturze instant – wszystko teraz, już, natychmiast musi być zrobione, spełnione. A nadzieja właśnie czekania uczy. Bóg ma swoje drogi i swój czas. Spełnia nasze plany i marzenia w taki sposób, którego nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Dlatego potrzeba ogromnej cierpliwości i zaufania. „Powierz panu swą drogę i zaufaj Mu: On sam będzie działał” (PS 37, 5).

Trwać mimo wszystko

Dobrze jest zatem postawić sobie pytanie: w kim lub w czym pokładam swoją nadzieję i komu lub czemu ufam? Jest to bowiem fundamentalne pytanie ukazujące przede wszystkim przyczyny naszych klęsk i niepowodzeń. Tylko Bóg jest prawdziwym oparciem i bez Niego nie zrobimy żadnego kroku w kierunku dobra. On jest źródłem nadziei. On jest Tym, któremu warto zaufać. A złożyć w Nim nadzieję i trwać w niej mimo wszystko to obrać kierunek na Niebo i wieczne z Nim przebywanie. Dlatego „trzymajmy się niewzruszenie nadziei, którą wyznajemy, bo godny jest zaufania Ten, Który dał obietnicę” (Hbr 10, 23).

s.M. Karola Brzezińska

Często zadajemy sobie pytania: „po co Bóg mi daje czegoś takiego doświadczyć?”, „ile jeszcze można znieść?”, „czy Bóg nie widzi, że już nie daję rady?”. Myślimy, że trudne doświadczenia, które nas w życiu spotykają są bezsensowne, niepotrzebne, a wręcz szkodliwe. Ale czy tak jest naprawdę? A może one nam w życiu pomagają?

„Jak trwoga to do Boga”

To stare powiedzenie niesie za sobą dużo prawdy. Czy nie jest tak, że gdy sami stajemy bezradni to szukamy wsparcia, pomocy u kogoś mocniejszego? Póki jest dobrze, wszystko idzie po naszej myśli stajemy się samowystarczalni. Bóg o tym wie, dlatego czasem zsyła coś trudnego byśmy mogli się zdać na Niego. Przychodzi... On, chce nam pomagać, interesuje się naszym życiem, nie jesteśmy Mu obojętni. Jak każdy dobry Ojciec chciałby od swojego dziecka usłyszeć, co u niego się dzieje. Chwile, kiedy żalimy się Bogu na nasze „trudne życie” są nierzadko jedynym czasem, jaki z Nim spędzamy. Jezus chce być naszym Przyjacielem, więc czasem stwarza nam okazję do spotkania, rozmowy, która jest niezbędna, by powstała głęboka relacja. „ Bóg jest dla nas ucieczką i mocą, łatwo znaleźć u Niego pomoc w trudnościach” (Ps)

… i runęło…

„ Myślałam, że już coś wiem, że rozumiem i dam sobie radę,
że znalazłam sposób na Ciebie i receptę na każdą wadę…
lecz Bogu dzięki wszystko się zawaliło,
zostały moje puste ręce i Twoja Miłość...”
Naszym największym problemem jest to, że za dużo myślimy. Uważamy siebie za wszechwiedzących, a już na pewno za tych, którzy wiedzą, co dla nich jest najlepsze. Dlatego budujemy, stawiamy fundamenty, wybieramy materiały według nas najlepsze, idealne na nasza budowę. Po jakimś czasie okazuje się, że wszystko się wali, z góry na dół. Wtedy się zaczyna: rozpacz, pretensje, żale… a tak właściwie to, do kogo te pretensje? Czy to wina Pana Boga, że fundamenty założyłeś na piasku i przy najbliższym podmuchu wszystko się zawaliło? Bóg ze swej troski, pozwala wszystkiemu się zawalić, by móc zbudować z nami coś mocnego i trwałego, coś, co przetrwa każdą największą wichurę. Bóg przychodzi i burzy „bylejakość”, burzy to, co jeszcze nie pochodzi z Niego, a burzy by zrobić miejsce dla czegoś doskonalszego. Ziarno musi obumrzeć, by wydało plon. W nas także musi coś umrzeć, by narodzić się mogło coś piękniejszego.

„Za pełną radość poczytujcie sobie bracia moi, ilekroć spadają na was różne doświadczenia.
Wiedzcie, że to, co wystawia waszą wiarę na próbę, rodzi wytrwałość” - czytamy w Nowym Testamencie.

Ciesząc się z tego, że Bóg nas doświadcza byśmy mogli wzrastać, nie zapominajmy, że nie da On nam nic ponad to, co potrafimy unieść. Pokusa nie nawiedziła was większa od tej, która zwykła nawiedzać ludzi. Wierny jest Bóg i nie dozwoli was kusić ponad to, co potraficie znieść, lecz zsyłając pokusę, równocześnie wskaże sposób jej pokonania abyście mogli przetrwać. Nasze trudności możemy porównać do pestki brzoskwini. Nie jest słodka, jest twarda i trudno ją pogryźć, jest nie do zjedzenia, wydawałoby się, że jej obecność jest bezsensowna. Ale to właśnie z niej wyrasta nowe drzewo, które rodzi nowe owoce. Więc może i nasze trudności mają jakiś sens, może i z nich ma się coś narodzić.

A Bóg przychodzi...

s.M. Aniela Tomala

Radość, w bogatej palecie kolorów naszego życia, odgrywa niebywałą rolę. Chodzi o radość prawdziwą, czyli taką, która ma związek z Bogiem, o radość, która jest darem, darem który wypełnia nas od wewnątrz. „Pan, twój Bóg jest pośród ciebie, Mocarz – On zbawi, uniesie się weselem nad tobą, odnowi swą miłość, wzniesie okrzyk radości” (So 3,17).

Powołani przez Boga do życia jesteśmy przez Niego doskonale wyposażeni. Wyposażeni na miarę jaką wyznacza sam Bóg – każdy na swoją miarę, każdy inaczej, „inaczej” jednak nie znaczy gorzej.

Na co oczekuje Bóg?

Spróbujmy sobie wyobrazić, że wchodzimy do pokoju, który ktoś urządził według swojego gustu: umieścił tam fotografię swoich rodziców, obrazek z dzieciństwa, pamiątkę po przyjacielu… Wchodzimy do takiego pokoju i widzimy jak wszystko wokół mówi o jego mieszkańcu.
Podobnie jest z nami. Jesteśmy jak izba Boga. Bóg umieścił w nas wiele swego, swoje najbardziej osobiste „rzeczy”. Wszystko w człowieku przypomina o jego Stwórcy. Czy może więc dziwić, że ON – nasz Stwórca oczekuje na dobre owoce naszego życia, oczekuje abyśmy żyli ku Jego chwale, promieniowali pięknem i radością, które w nas zaszczepił?

Co się stanie, jeżeli damy miejsce Bogu?

Radość, w bogatej palecie kolorów naszego życia, odgrywa niebywałą rolę. Chodzi o radość prawdziwą, czyli taką, która ma związek z Bogiem, o radość, która jest darem, darem który wypełnia nas od wewnątrz. Radość to również owoc spotkania z żywym Jezusem, przyjęcia do swojego serca i życia Ducha Świętego i pozwolenie Mu, by prowadził nas swoimi ścieżkami.
Pełnią życia i radości jest sam Jezus, jeśli więc damy mu miejsce w nas, ma On moc sprawić, że każde spotkanie z Nim będzie przemieniać nasz smutek w radość, troskę w głęboką ufność a lęk w pewność, że Pan jest blisko i że wystarczy nam Jego łaski (por. 2 Kor 12,9).
Św. Jana zdradza nam pragnienie Jezusa: „To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna” (J 15,11). Pragnieniem Jezusa jest bowiem, byśmy mieli udział w Jego radości, by Jego radość była w nas. I by ta radość była pełna.

Niezbity motyw do radości

Każdego dnia jednak – czasami aż do bólu – doświadczamy, że nasze życie jest splotem tego, co piękne i bolesne, łatwe i trudne, tego, co przynosi uśmiech i cierpienie, jak więc pośród tego zachować radość, której Jezus tak bardzo dla nas pragnie? Niech kluczem do odpowiedzi na to pytanie staną się słowa papieża Franciszka: „Z Jezusem jest prawdziwa radość”. Potrzeba nam więc odnaleźć głębokie motywy radości, jakimi jest miłość i dobro. I tu znów z pomocą przychodzi nam św. Jan, w spisanej przez niego ewangelii czytamy: „Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem” (J 15,9). Nieskończona i niezgłębiona miłość Boga do nas jest niezbitym motywem radości, bo w sercu samego Boga – pełnym miłości do nas – jest niewyczerpane źródło naszej radości.

O największej radości

Dobro natomiast, i to czynione i to przyjmowane, będzie nas uczyć, że na wielką radość składają się małe radości, których nie brak naszemu codziennemu życiu, dostrzeżemy je jeśli tylko szeroko otworzymy oczy naszego serca.
Radość największa to pewność, że Jezus jest z nami – jest realnie i żywo obecny – na wszystkich zakrętach naszego życia. Jeśli pozwolimy Mu wchodzić we wszystkie miejsca naszego życia, gdzie jeszcze panuje mrok, szarość, może lęk i smutek to On będzie nas wyprowadzał krok po kroku ku prawdziwej radości.

A na koniec jeszcze raz oddajmy głos papieżowi Franciszkowi, niech jego słowa staną się dla nas zachętą, by każdego dnia modlić się i zabiegać o radość, a gdy nam nie wychodzi i wciąż mamy jej za mało, to wraz ze wschodzącym słońcem trzeba nam po prostu próbować jeszcze raz…
„Radości nie można zatrzymywać: musi iść naprzód. Radość jest cnotą pielgrzymującą. Jest to dar, który podąża na drodze życia, podąża z Jezusem: przez głoszenie, przepowiadanie Jezusa, radość wydłuża i poszerza drogę. Jest to właśnie cnota ludzi wielkich, tych wielkich, którzy są ponad małościami ludzkimi, nie dających się wplątać w małe wewnętrzne sprawy wspólnoty, Kościoła: zawsze spoglądają na horyzont” (papież Franciszek).

s.M. Edyta Kapij